Herbie Hancock. Autobiografia

Lato to wyjątkowa pora roku – i niech to stwierdzenie nie zabrzmi jak apoteoza, skądże! Mam na myśli wszelkie okoliczności przyrody, które w przedziwny sposób oddziałują na zachowanie ludzi. Wyjątkowe w tym roku upały nie pozwalają przecież pracować równie efektywnie jak zazwyczaj a planowanie i przygotowania do upragnionych urlopów trwają wieczność. Następstwa takiego stanu rzeczy mogą być rozmaite – porzucenie wszelkich dodatkowych zajęć, na które czasu już po prostu brak, to jedno z nich.
Z nieuzasadnionej wygody łatwiej więc zgłębić ciekawą lekturę, zamiast napisać jakąś krótką recenzję. Przykłady można mnożyć. Ja również chętniej w tym czasie sięgam po książki, szczególnie te, w których odnajdę „muzyczne wątki”. W końcu oczywistym jest fakt, że takie tytuły powinno się czytać przy akompaniamencie odpowiednio dobranych dźwięków!
W połowie lipca w księgarniach pojawiła się kolejna jazzowa publikacja. Swoją bogatą biografię opublikował Herbie Hancock – wielki pianista, keyboardzista, kompozytor, lider wielu formacji. Wśród licznych książek opisujących życie wybitnych muzyków jazzowych, ta zyskuje już na wstępie. To literatura dokumentu osobistego, która (napisana w całości przez samego autora, czy też nie – w tym przypadku z pomocą Lisy Dickey) ma zawierać największą ilość potwierdzonych faktów z życia artysty.
Herbie z precyzją opisuje zdarzenia, które wpłynęły na jego życiowe wybory. Urodzony w 1940 roku w Chicago, w rodzinie przynależącej do klasy średniej, na fortepianie zaczął grać w wieku siedmiu lat. „Kiedy w moim życiu pojawił się instrument, wszystko oprócz muzyki przestało się dla mnie liczyć” – pisze na pierwszych stronach książki. Jego talent i zamiłowanie do instrumentu dało o sobie znać bardzo wcześnie. Pierwszy sukces pojawił się kilka lat później – w wieku jedenastu lat Herbie został laureatem konkursu organizowanego corocznie przez Chicagowską Orkiestrę Symfoniczną. W nagrodę, kilka miesięcy później, młody pianista z towarzyszeniem tejże orkiestry zadebiutował na scenie Orchestra Hall.
Z jazzem po raz pierwszy zetknął się dopiero w liceum. Niebagatelny wpływ wywarł na niego w tym czasie szkolny kolega Don Goldberg, którego Herbie usłyszał na pewnym występie. Od tej chwili zapragnął poznać i nauczyć się poruszającej i zdumiewająco trudnej (jak sądził) improwizacji. Dla muzyki porzucił college. Początkowo starał się połączyć nocne koncertowanie w klubach ze stałą pracą, jednak propozycji przybywało coraz więcej. W końcu młody 20-letni chłopak wyruszył do Nowego Jorku, gdzie miał zacząć nowe życie. I tak się stało.
Kariera muzyczna Herbiego Hancocka, de facto, nabrała rozmachu dopiero w ówczesnej mekce jazzu. Nowy Jork tamtych lat był jedynym miejscem, w którym młody jazzman miał największe szanse – zarówno rozwoju jak i zdobycia rozgłosu. Pomimo dobrodziejstw, jakie zapewniał w tej kwestii Nowy Jork, na młodego człowieka czyhało tam wiele pułapek. Za sprawą tłumnie przybyłych do miasta muzyków jazzowych, narkotyki stały się towarem powszechnie dostępnym. Co prawda, kilkunastoletni Herbie będąc jeszcze w college’u zetknął się z tymi używkami – wtedy nie chciał spróbować. Stało się to dopiero kilka lat później. Co więcej, czarnoskóra społeczność również i tutaj zmagała się na co dzień z nierównością społeczną, nietolerancją, rasizmem i niesprawiedliwym traktowaniem. „Nieodpowiednie” zachowanie przed służbami mundurowymi mogło na kilka lat przekreślić plany zawodowe (np. zakaz występowania w określonym stanie). Przynajmniej jednak w jednej kwestii biała społeczność nie mogła sprostać czarnej – powstanie i rozwój jazzu bezsprzecznie należy przypisać ludności murzyńskiej.
Autobiografia Herbiego Hancocka ukazuje go jako człowieka czynu, którego twórczość wywarła ogromny wpływ na rozwój muzyki jazzowej. Uwagę zwraca tu szczegółowo opisywana muzyczna kariera artysty, która dokonuje się na tle przemian amerykańskiej sceny muzycznej. Herbie jawi się jako człowiek, który od początku pragnął czegoś więcej – 6-letni „związek” z Milesem Davisem (II Wielki Kwintet) pozwolił mu rozwinąć skrzydła i odnaleźć własny styl. Ale w momencie, w którym stwierdził, że chce stworzyć własny zespół, nie zawahał się ani chwili.
Współpracował z licznymi artystami, wymieniając choćby tych najważniejszych: Miles Davis („Mentor”), Clark Terry, Wayne Shorter, Chick Corea, Joco Pastorius, Dexter Gordon, Wynton Marsalis, Bobby McFerrin, Chet Baker, John Scofiled, John McLaughlin, Michael Brecker, Marcus Miller, Lionel Loueke a także wokalistami takimi jak: Norah Jones, Tina Turner, Joni Mitchell, Stevie Wonder, Sting i wiele innych. Zdobył niezliczoną ilość nagród muzycznych – w tym aż 14 nagród Grammy i jednego Oscara za muzykę do filmu Bertranda Taverniera „Round Midnight”.
Jego twórczość ewoluowała zgodnie z kierunkiem, w jakim podążała muzyka jazzowa. Zaczynał, jak większość akademików, od klasyki. Potem odkrywał coraz to nowe odmiany jazzu (jazz, bebop, post-bop, hardbop, jazz modalny) poprzez muzykę fusion („kosmiczna muzyka Mwandishi”), funk aż do R&B a nawet disco i hip-hopu! Rozwój technologii i cyfryzacji na przestrzeni lat 70. i 80. miał niebagatelny wpływ na jego twórczość. Pierwsza fascynacja syntezatorami, później coraz bardziej udoskonalanymi urządzeniami elektronicznymi (vocoder, wraz ze swoimi dźwiękowcami opracował podstawy systemu MIDI na kilka lat przed pojawieniem się tego rozwiązania) wynikała z obsesji do urządzeń technicznych, którą przejawiał już w okresie dzieciństwa.
Czytając tę lekturę wydaje się, że życie osobiste Herbiego Hancocka było raczej pozbawione ekscesów (w porównaniu do licznych „wyskoków” swojego kolegi Milesa, o których ten wspomina we własnej autobiografii – „Miles.Autobiografia” Miles Dewey Davis, Quincy Troupe). Szczęśliwy w małżeństwie (pierwszej i jedynej żonie Gigi dedykuje tę książkę) i dobry ojciec córki Jessiki. Pomimo pracowitego trybu życia, bogatego w liczne wyjazdy, nie zaniedbywał rodzinnych obowiązków. W jego życiu, jak pisze, ważną rolę odegrała religia. To, po części, inspiracja buddyzmem pomogła osiągnąć sukcesy – do dziś praktykuje Buddyzm Nichirena. Dzięki codziennemu czantowaniu (forma medytacji) coraz lepiej rozumiał świat, budziła się w nim empatia a w życiu dążył do jak największej harmonii z otaczającym światem. Herbie przywołuje też wiele anegdot, które zaświadczają o korzystnym wpływie tychże praktyk na różne życiowe sytuacje. Nigdy nie zaznał poważnych problemów z uzależnieniem od alkoholu, nie udało mu się jednak uciec przed narkotykami. Długo ukrywany przed rodziną i znajomymi nałóg od substancji psychoaktywnych, w końcu dał o sobie znać. I właśnie dzięki najbliższym powrócił do zdrowia.
Cantaloupe Island, Watermalon Man, Chameleon, Rockit, Maiden Voyage – to tylko kilka tytułów, które na dobre zagościły na liście (współczesnych) muzycznych standardów. Bogactwo muzyki Herbiego Hancocka zachwyca. „Muzyka powinna bronić się sama” – z pewnością w tym wypadku tak też jest. Mimo to, warto poświęcić czas tej książce. Ta fascynującą opowieść jednego z najbardziej wpływowych muzyków jazzowych to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników jazzu.

Category: Recenzje

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *