Kind of Blue

Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku, powoli dobiega końca. Ten jakże przedziwny dzień skłonił mnie do chwilowych rozważań na temat etymologii tegoż pojęcia. Po krótkiej analizie doszłam do wniosku, że Blue Monday musi mieć coś wspólnego z muzyką jazzową. Bo przecież w jazzie słowo „blue” nie ma sobie równych.

„Blue Train” Johna Coltrane’a, „Kind of Blue” i „Blue in Green” Milesa Davisa, „Rhapsody in Blue” Georga Gershwina, czy wreszcie „Blue Bossa” Kenny’ego Dorhama. To tylko kilka przykładów – można znaleźć ich naprawdę sporo, a i wciąż powstają nowe. Niebieski to w muzyce jazzowej kolor święty.

Wszystkie dywagacje nad znaczeniem i stosowaniem słowa „blue” w jazzie prowadzą jednak ostatecznie do „blue notes” i bluesa, w szerszym ujęciu. Blue notes, czyli charakterystyczne dla gatunku interwały używane przez wokalistów i muzyków miały za zadanie zilustrować nostalgię i smutek podczas wyrażania osobistych przeżyć. Zatem jednoznacznie można powiązać je z melancholią, lirycznością i pewnym pesymizmem… tak podobnym do opisywanego dziś zjawiska. Okazuje się więc, że Blue Monday musi mieć związek z tęsknym bluesem i lamentującymi „blue notes”. Inaczej być nie może.

Na zakończenie tego przygnębiającego dnia życzę Wam, by jutrzejszy był jeszcze lepszy i pełen dobrych dźwięków – niekoniecznie tych smutnych i nostalgicznych. Ten krótki wywód zamknę wyjątkowym komentarzem muzycznym. Będzie to wspomniany już wcześniej album „Kind of Blue” – choćby z racji niezwykle trafnego tytułu. Pozostający najlepiej sprzedającym się albumem wszechczasów całkiem niedługo będzie obchodził 60. rocznicę powstania. To wystarczające uzasadnienie.

Category: Recenzje

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *