La La (la la la) Land

Gdy dowiedziałam się, że Damien Chazelle, reżyser i scenarzysta fenomenalnego filmu Whiplash, popełnił kolejne dzieło, niezwykle się ucieszyłam. Whiplash bardzo przypadł mi do gustu, co też wyraziłam w jednym z wpisów opublikowanych na tym blogu (przeczytaj wpis>>). Początkowo posiadane przeze mnie informacje na temat nowego filmu były szczątkowe – nie miałam nawet świadomości, że najnowsza ekranizacja Chazelle’a to musical! Gdy tylko ta wiadomość do mnie dotarła, choć to może wydawać się dziwne, wzbudziła we mnie wiele obaw. Przyznam – nie jestem fanką musicali, a muzyka filmowa zdecydowanie bardziej trafia do mnie jako muzyka tła i ilustracja klasycznych form teatralnych. Jednak po obejrzeniu niekwestionowanego faworyta tegorocznej oscarowej gali, do formułowania tak stanowczych deklaracji będę podchodzić z większym dystansem.
La La Land to dzieło wyjątkowe. Urzeka – wcale nie, jak mogło by się wydawać: gra aktorska, obsada czy fabuła, ale – muzyka, która na długo zapada w pamięci. Muzyka, która została perfekcyjnie zsynchronizowana z tym, co oglądamy na ekranie; która została skomponowana z największą dbałością i starannością – powstawała podobno w efekcie złożonego procesu twórczego. Oprócz tego w filmie usłyszymy trochę jazzowego grania, które (jak pokazuje historia) w musicalach było obecne niemal od zawsze. La La Land nie jest filmem traktującym o jazzie, nic z tych rzeczy. Przeciętny widz o gatunku nie dowie się zbyt wiele, jednak faktem jest, że zarówno fabuła jak i muzyka jazzem została inspirowana.

  • Another Day of the Sun, którym rozpoczyna się musical.

Na ekranie zobaczymy dwojga marzycieli: Mię (Emma Stone) oraz Sebastiana (Ryan Gosling), którzy w „mieście aniołów” (zwanym w filmie raczej „miastem gwiazd” – co wielokrotnie powtarzane jest w motywie City of Stars) próbują zrealizować swoje wielkie plany. Ona jest początkującą aktorką, która w oczekiwaniu na rolę życia pracuje w kawiarni, on – pianistą jazzowym, który zamiast rozwijać karierę, chałturzy w jednej z knajp w mieście. To właśnie Sebastian wprowadza Mię w swój jazzowy świat i pokazuje to, czego dziewczyna dotychczas w tej muzyce nie dostrzegała i nie rozumiała. Jest swego rodzaju duchowym przewodnikiem Mii, czego nie można niestety powiedzieć w kontekście widzów – bo Seb o jazzie tak wiele nie mówi, raczej prowadzi dziewczynę do różnych miejsc, gdzie tej muzyce można się przysłuchiwać.

  • City of Stars – motyw wielokrotnie pojawiający się w filmie.

La la Land triumfuje – podczas ceremonii rozdania Złotych Globów musical zgarnął 7 nagród we wszystkich nominowanych kategoriach (w tym za piosenkę City of Stars oraz za muzykę), 5 nagród Brytyjskiej Akademii Filmowej BAFTA (w tym za muzykę), otrzymał aż 14 nominacji do tegorocznych Oskarów (w kategoriach: piosenka i muzyka). Pomijając aspekty pozamuzyczne filmu – bo tu akurat w mojej opinii znalazłoby się kilka konstruktywnych zarzutów  – muzyce skomponowanej na potrzeby musicalu nie można odmówić dobrego słowa.

Autorem soundtracku są Justin Hurwitz (muzyka) oraz Benj Pasek i Justin Paul (teksty). Hurwitz nie pierwszy już raz pracuje z reżyserem – efekty ich współpracy mogliśmy usłyszeć m.in. we wspomnianym filmie Whiplash. Pomijając możliwości i popisy wokalne głównych bohaterów w usłyszymy tu kompozycje różnorodne, które nieprzypadkowo nawiązują do jazzu. Na ścieżce dźwiękowej natkniemy się swing z popisami big-bandowego grania, sporą dawkę muzyki orkiestrowej, a nawet błyskotliwy pop w wykonaniu Johna Legenda (Start a Fire). Soundtrack nie powinien być sklasyfikowany jako muzyka jazzowa – wśród wszystkich piętnastu kompozycji na płycie właściwie tylko dwa można nazwać utworami jazzowymi – to swingowy, niespełna 2-minutowy Herman’s Habit oraz nieco dłuższy Summer Montage. Mimo to przyznać trzeba, że wszystkie kompozycje stanowią piękny zbiór muzyki filmowej, od której nie łatwo się odpędzić. Mi długo pozostawał w głowie motyw z otwierającego Another Day of Sun, podobnie było zresztą Someone in the Crowd Summer Montage.

Muzyka komponowana na potrzeby filmu ma jednak pewną niedoskonałość. Ilekroć słucham ścieżki z La La Land mam w głowie obrazy i sceny jej towarzyszące. Bez kompozycji Hurwitza opisywany dziś film nie osiągnąłby tylu sukcesów – to pewne – ale czy bez filmu tę muzykę chciałoby się tak chętnie słuchać?

  • Herman’s Habit: 

  • Epilogue:

Category: Recenzje

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *