Lady Billie Holiday

Jazz powstał na skutek złożonego, wieloetapowego procesu, w którym kluczową rolę odegrała czarnoskóra społeczność. To fakt powszechnie znany. Pionierów gatunku, tworzących dziś poczet legend jazzu tradycyjnego, łączył jednak nie tylko kolor skóry i wielki talent. Biografie większości z nich, wymieniając tu choćby tych najpopularniejszych: Milesa Daviesa, Ninę Simone, Ellę Fitzgerald czy Charliego Parkera, niepozbawione były wątków tragicznych, niejednokrotnie związanych z segregacją i dyskryminacją rasową.
Podobnie było z wokalistką, której postanowiłam poświęcić dzisiejszy wpis. A okazja jest niecodzienna – od stycznia w księgarniach można znaleźć głośną i kontrowersyjną autobiografię Billie Holliday (Lady Day śpiewa bluesa, wyd. Czarne), jednej z najwybitniejszych postaci amerykańskiej sceny jazzowej. Książka wydana po raz pierwszy ponad 50 lat temu, w końcu doczekała się polskiej wersji językowej.
Konwencja przeciętna, ot wokalistka opowiada o swoim życiu Williamowi Dufty’emu, muzykowi i pisarzowi, który tę rozmowę przelewa na papier. Po przeprowadzonym wywiadzie artystka jednak nie dokonuje autoryzacji, a współtwórca niezbyt przejmuje się koniecznością sprawdzenia podawanych przez nią informacji, zmuszając Holiday do sygnowania każdej strony maszynopisu. Bezpośrednia, pozbawiona patosu, pisana szorstkim językiem. Może trochę chaotyczna, ale koniec końców ukazująca Billie Holiday, jaką była – taka jest ta książka.
Skąd więc kontrowersje i nieporozumienia? Po ukazaniu się publikacji na amerykańskim rynku Dufty’emu zarzucano brak weryfikacji faktów przywoływanych przez artystkę. Nieścisłości można znaleźć już w tak istotnej kwestii jak jej data urodzenia (sic!). I choć pojawiało się wiele informacji o tym, że książka pewne fakty przemilcza i mija się z prawdą, ostatecznie przyznać trzeba, że ta lektura oddaje istotę twórczości wokalistki – a moim zdaniem to kryterium nadrzędne.

Holiday łatwego życia nie miała. Urodzona w Filadelfii (choć sama wskazuje, że było to Baltimore) jako nieślubna córka czarnoskórej nastolatki z nizin społecznych oraz muzykanta grającego po knajpach na gitarze, biedy zaznała jeszcze w dzieciństwie. Nie mając żadnych perspektyw, bo nie zapewniały ich ani urodzenie (dzieciństwo spędziła w czarnym getcie), ani tym bardziej pochodzenie, by zarobić na życie chwytała się każdej pracy. Wcześnie rozpoczęła ją jako służąca, potem zaś jako prostytutka w domu publicznym. Ratunek mógł przyjść tylko przypadkiem – i stało się tak właśnie dzięki muzyce i wrodzonym talencie.
Na łamach książki Billie wspomina, jak wielkim szacunkiem w latach młodości darzyła Bessie Smith i Louisa Armstronga. Słuchanie ich płyt było zresztą jedną z form zapłaty za posługę, którą początkowo się trudniła. Śpiewać zaczęła zupełnie przypadkowo – w 1928 roku przeniosła się z matką do Nowego Jorku (ojciec nie żył i nie mieszkał z rodziną), ówczesnej stolicy coraz to rosnącej popularności jazzu – otrzymując pracę w jednym z klubów nowojorskiego Harlemu. Jakiś czas później jej występ zobaczył John Hammond, wpływowy krytyk muzyczny i producent. To on zorganizował pierwszą sesję nagraniową Billie, której asystowała wtedy orkiestra wybitnego klarnecisty, Benny’ego Goodmana. Od końca lat 30. za sprawą Hammonda kariera Holiday nabrała tempa. Lady Day – takim przydomkiem ochrzcił ją przyjaciel i muzyczny współpracownik, saksofonista Lester Young – koncertowała z orkiestrami Counta Basiego i Artiego Shawa. Dzięki współpracy z tym ostatnim stała się pierwszą czarnoskórą kobietą, która występowała w towarzystwie białej orkiestry. Jednak ich wspólne tournée (jako pierwsza czarnoskóra artystka ruszyła z koncertami na Południe) przysparzało jej wiele problemów – wszechobecny rasizm w tej części Stanów Zjednoczonych przybierał skrajne formy. Billie wielokrotnie padała ofiarą nierównego traktowania, życie obywatela oraz artystki drugiej kategorii stawało się nie do zniesienia.
Punktem zwrotnym w jej karierze stało się nagranie Strange Fruit – także dziś najbardziej rozpoznawalnego utworu z repertuaru pieśniarki. Tekst autorstwa Abla Meeropola napisany jako wiersz i opublikowany w 1936 roku, opisuje lincz na Afroamerykanach. Inspiracją do jego powstania stała się fotografia przedstawiająca wiszące na drzewie ciała Thomasie Shippie i Abramie Smicie, jednych ofiar rasizmu tamtych czasów.
Strange Fruit stał się przepustką do sławy – Holiday była na artystycznym szczycie, płyty sprzedawały się wielotysięcznych nakładach (za które co prawda nigdy nie otrzymała tantiem), zdobywała uznanie. Przestała być postrzegana tylko jako artystka, stała się swego rodzaju osobowością polityczną, a przejmujący Strange Fruit – protest songiem.

Choć z karierą Lady Day bywało różnie, to życie osobiste zdecydowanie jej się nie układało. Była uzależniona od alkoholu, tytoniu, marihuany, twardych narkotyków – za co wielokrotnie trafiała do więzienia. Nie miała także szczęścia do mężczyzn – zarówno tych, z którymi się wiązała, jak i do tych, którzy prowadzili jej finanse i impresariat. Właściwie przez większość życia nie miała pieniędzy, wszyscy notorycznie ją okradali.
Od pierwszego wykonania dramatycznej i osobliwej interpretacji Strange Fruit w życiu Holiday rozpoczął się trudny okres powiązany z działalnością amerykańskich służb. Pod pretekstem walki z niedozwolonymi praktykami – a fakt, Billie dawała ku temu mnóstwo powodów – Biuro Federalne na każdym kroku ją kontrolowało. Ostatecznie kolejny raz trafiła za kratki, a po wyjściu dostała zakaz koncertowania w klubach, które serwowały alkohol – a więc de facto nie mogła występować w żadnym z lokali w mieście.
Ilekroć sięgam po biografie wielkich legend muzyki jazzowej, ze smutkiem znajduję zaskakujące podobieństwa. Poza olbrzymim talentem i niekwestionowanym sukcesem w większości przypadków jednostki te zmagały się z licznymi problemami natury osobistej. Te zaś niewątpliwie wynikały z otoczenia społeczno-kulturowego i dyskryminacji.
Wpływ Billie Holiday na muzykę rozrywkową jest nie do przecenienia. Lady Day śpiewa bluesa to opowieść nie tylko o życiu artystki. To także książka o Ameryce początku XX wieku, rasizmie, narkotykach i historii jazzu. To kolejna publikacja, która wyciąga na światło dzienne codzienne życie, z którym musieli zmagać się czarnoskórzy Amerykanie, bez względu na to kim byli.


Jazz was born as a result of an intricate, multi-stage process in which the crucial role had been assigned to the black community of the United States. What the pioneers of the genre, who nowadays constitute the legends of traditional and classic jazz, had in common was not only skin color and immense talent. Biographies most of them, among the most popular ones: Miles Davies, Nina Simone, Ella Fitzgerald or Charlie Parker, are full of tragic threads connected to racial segregation and discrimination.
The vocalist to whom this text is dedicated represents a similar case. An occasion to write about it is extraordinary – since January this year in the bookstores we can find a feted and controversial autobiography of Billie Holiday (Lady Day Sings the Blues, publishing house: Czarne) one of the leading figures of the American jazz scene. The book was first published over 50 years ago in the US and at last came out in Poland in our native language.
The idea is undistinguished – the singer talks to William Dufty, musician and writer, about her life. He writes all her words down. Nevertheless, after the interview she doesn’t authorize it and the co-author doesn’t really care about the necessity for verification of the information received; in order to protect himself from giving false facts he forces her to sign every page of the typescript.
Direct, without unnecessary pathos, written in personal style. Maybe a little bit chaotic, but finally the book shows Billie Holiday exactly the way she was – this is what the title is about.
Why so controversial then? After the book had been published in the American market, Dufty was accused of giving the information not enough verified. Inaccuracies could be found in such a crucial matter as Billie’s date of birth. And even if there were a lot of facts that had been unsaid or prevaricated, finally I must admit that this publication renders the essence of Bille Holiday’s work, which is of utmost importance.


Holiday didn’t have an easy life. Born in Philadelphia (though she mentions Baltimore) as an illegitimate daughter of a black, low-life teenage girl and a musician for hire playing guitar in small clubs. Without any prospects for better life, because she couldn’t count on her relatives (she spent her childhood in a black ghetto), in order to earn some money she took up every job. At the beginning, she started working as a domestic servant, then as a prostitute in a brothel. A rescue came accidentally and thanks to music and intrinsic talent.
In the book she mentions characters that she had held in high regard: mainly Bessie Smith and Louis Armstrong. And while serving she found listening to their recordings to be a form of remuneration for her work. The reason why she started singing was quite accidental – in 1928 she relocated with her mother (father never lives with the family) to New York, then capital of increasing popularity of jazz. She got a job in some jazz club in the heart of Harlem, a neighborhood of the city. Some time later she was noticed by John Hammond, an influential critic of music and producer. It was him who had organized the first recording session of Billie, during which she was accompanied by the orchestra of prominent clarinetist Benny Goodman. In the late of 1930s thanks to Hammond her career quickened. Lady Day, nicknamed by her friend and music partner Lester Young, performed with Count Basie and Artie Shaw Orchestras. Due to cooperation with the last one she became the first black woman who was accompanied by white musicians. However, their tournée (as the first black artist she began giving concerts in the South) caused a lot of problems – the omnipresence of racism in this region of the United States had extreme forms. Many times Billie was the victim of an unequal treatment – life of a civil and an artist of the second category became very hard.
The apogee of her career was the recording of Strange Fruit – also today, the most recognizable song from her repertoire. The lyrics were written by Abel Meeropol as a poem and published in 1936, the song describes the lynching of African Americans. The poem was inspired by Lawrence Beitler’s photograph of the lynching of Thomas Shipp and Abraham Smith in Marion, Indiana.
Strange Fruit opened her doors to great success. She reached an artistic peak, her albums were sold in thousands of editions (she never received any royalty payment for that), she was getting recognition. She stopped to be perceived only as an artist, she became a political figure and her dramatic Strange Fruit – protest song.

Although her career was changing, her private life was doing badly. Billie was addicted to alcohol, tobacco, hard drugs for which she was imprisoned many times. All the men that she met, both in her private and business life, brought her troubles. Almost all her life she never had any money, because all of them were notoriously robbing her.
From that day when she performed a dramatic and peculiar interpretation of Strange Fruit hard times started. Federal Bureau of Investigation (FBI) followed every her step under the pretext of fighting with banned practices. Finally, she went to jail again and after leaving it she couldn’t give concerts in clubs serving alcohol, so she couldn’t perform in any nightclubs in the city.
The influence of Billie Holiday on popular music is immense. Lady Day Sings the Blues is a story not only about the life of the artist. It is a book about America of the beginning of 20th century, racism, drugs and history of jazz. It is another title which exposes the everyday life of with which the African Americans had to struggle at that times.

[Photo by Paul Sachtleben]

Category: Recenzje

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *