Nieustraszona dziewczyna od wilków

Paulina Lenda to przypadek złożony. Ze złożoności zagadnienia można wysnuć wniosków kilka. A najistotniejszym jest ten – że w Polsce dla ludzi utalentowanych, wykonujących muzykę nie-popularną a nawet niszową i pozbawionych tak zwanego „wsparcia”, miejsca nie ma. Może zawinił tu nieistniejący u nas de facto (a tak bardzo pożądany) system mecenatu? A może po prostu chodzi o brak jakiejkolwiek innej formy zorganizowania, która pozwoliłaby na to, aby talent młodych rozwijać? Okazuje się, że problem marnowania talentów, tak powszechnie głoszony przez osoby zajmujące się rynkiem pracy w Polsce, to w przypadku rynków muzycznych chleb powszedni.
Do przyjrzenia się Paulinie L. skłonił mnie jej niedawny koncert we wrocławskiej Nowa Cafe, który był jednym z występów w Polsce, promujących najnowszą płytę artystki. Paulina Lenda to 21-letnia wokalistka, która pomimo młodego wieku, jest już postacią dość dobrze rozpoznawalną. Zdecydowanie największy rozgłos przyniósł jej udział w popularnym programie rozrywkowym Mam Talent. W 2008 roku, 16-letnia wówczas młoda dziewczyna o specyficznej urodzie, absolutnie zachwyciła publiczność. Długo w pamięci pozostawała jej charakterystyczna barwa głosu, kojarzona z artystami śpiewającymi soul i – co sprawiało największe wrażenie – obszerna skala, sięgająca bardzo niskich rejestrów. Paulina kilkukrotnie występowała też w programie Szansa na sukces, za każdym razem budząc podziw audytorium. Świat stanął przed nią otworem, bo nagle w młodej, utalentowanej Świdniczance dostrzeżono niepodważalny potencjał. Niestety, jak słusznie można zauważyć dzisiaj, tamtej szansy nie wykorzystał nikt. Lenda brała udział w wielu projektach, ale one zdecydowanie nie pozwoliły jej na oczekiwany rozwój wokalnych predyspozycji. Takich przykładów w Polsce jest zresztą więcej – przywołując tu choćby debiutującą niegdyś Alicję Janosz, która podobnie jak Lenda  (kilka lat wcześniej) nie była przygotowana na brutalną rzeczywistość rodzimego show biznesu. Paulina Lenda, jak sama przyznaje, nie miała szczęścia do ludzi i do projektów, w które próbowała się zaangażować. Artystką zainteresowały się osoby, które widziały w niej jedynie własny zysk. Nic dziwnego, że propozycje, które otrzymywała, miały uczynić z niej wokalistkę śpiewającą wątpliwej jakości polski pop – jednak niezmiennie „najdroższy”, masowo odtwarzany przez liczne radiostacje i utrzymujący najliczniejsze grono słuchaczy. Jednak ona, zainspirowana osobistościami takimi, jak Janis Joplin, Damien Rice, Susie Suh, Noah Gundersen, Patti Smith, czy ciemnoskórymi wokalistkami: Lizz Wright, India Arie, Erykah Badu, nie chciała swojej tożsamości utracić, nawet za propozycje tak intratne. Zniechęcona i z bagażem przykrych doświadczeń zdecydowała się jednak spróbować po raz drugi. Efektem jest jej pierwsza autorska płyta akustyczna, zatytułowana Wolf Girl. W wydawnictwie znalazły się autorskie utwory, wykonywane zarówno w języku polskim, jak i angielskim. Warto zaznaczyć, że jej działania były w ogóle możliwe, dzięki pewnym zmianom, które od jakiegoś czasu zachodzą w naszym kraju. Mowa o rodzimych wytwórniach płytowych, dzięki którym przedsięwzięcie wydania własnej płyty było dla Pauliny (i dla wielu innych jest obecnie) w ogóle możliwe. Nie chcę dzisiaj skupiać się na ocenie tego krążka, jednak podzielę się swoimi wrażeniami z wspomnianego koncertu. Muszę stwierdzić niekłamanie, że głos tej dziewczyny potrafi obezwładnić. Przenikliwy, niekiedy wręcz dojmujący, akustycznie brzmiał bardzo dosadnie. Występując w duecie z wrocławskim gitarzystą Maciejem Czemplikiem, Paulina pozwoliła na bardzo bliski i bezpośredni kontakt. Sprawiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie – osoby dojrzałej, pasjonatki, bezsprzecznie posiadającej osobowość sceniczną. W całokształcie występ zaliczam do udanych, jednak kilka szczegółów sprowokowało mnie do głębszych rozważań. Uważam, że Paulinie przydałaby się większa pomoc przy pracy nad pierwszą płytą. Pomijając wymienione powyżej, nie spodobały mi się niektóre teksty utworów, w znacznej części traktujące o miłości – dla mnie brzmiące trochę zbyt banalnie. Po rozmowach przeprowadzonych z artystką, staram się zrozumieć jej ideę – chciała by płyta składała się z utworów, które stworzyła jakiś czas temu – ale treści, które przekazywała, kłóciły się z pierwotnym wrażeniem , które Paulina na mnie wywarła. Sądzę, że Paulina nie wsparła się wystarczająco pomocą profesjonalistów. Zapewne wytłumaczeń tego faktu jest wiele, ale zostawiam to pod rozwagę. Jej wyjątkową barwę głosu i umiejętności wokalne można by znacznie lepiej wykorzystać. Myślę, że kameralny koncert nie jest formą, w której w najlepszy sposób pokazuje swoje predyspozycje. Nie przypadł mi też do gustu utwór wykonywany przez Macieja Czemplika na banjo – charakterystyczny tembr głosu Pauliny i stylistyka utworów w tej konfiguracji powodowały jakiś niepokojący dysonans.
Piszę o Paulinie Lendzie, bo mam nadzieję, że już niedługo ta debiutująca dziś (po raz drugi!) artystka otrzyma odpowiednie wsparcie. Że jej talent zabłyśnie na nowo – w nowej odsłonie. Na pewno sukces wydania pierwszej płyty to kolejny krok. Teraz trzeba wiele starań i niegasnących sił w podążaniu do celu, by ostatecznie swoje marzenia zrealizować. A to naprawdę jest możliwe!

 

Zapraszam do wysłuchania:

  • Prezentacja płyty Wolf Girl:

  • Tytułowa Wolf Girl, brawo za teledysk!

  • Interesujący cover utworu Ani Dąbrowskiej. Co więcej, nagrany na wrocławskiej Wyspie Słodowej:
  • Akustyczne nagranie specjalne – Hey, I love You:

Category: Koncerty

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *