Whiplash, czyli potępienie niedoskonałości

Drugiego stycznia odbyła się polska premiera amerykańskiego dramatu Whiplash. Film całkiem szybko stał się symbolicznym „jabłkiem niezgody” pomiędzy różnymi środowiskami. Oceniają go, co wydaje się być zasadne, krytycy filmowi, ale coraz głośniej słychać też opinie świata związanego mniej lub bardziej z muzyką jazzową. Kto w tym sporze ma rację?
Whiplash obejrzałam około trzy tygodnie temu i muszę przyznać, że początkowo moja postawa pozbawiona była jakiejś wnikliwej refleksji. Bezpośrednią przyczyną sięgnięcia po tę właśnie pozycję było słowo-klucz filmu – „jazz”. Po jakimś czasie, zupełnie przypadkowo, natknęłam się na recenzję pani Agnieszki Antoniewskiej na portalu ForbesLife. To właśnie ów tekst spowodował, że w mojej głowie temat znów powrócił. Ze zdziwieniem przeczytałam autorskie wnioski dziennikarki, która film potraktowała ze znaczną dozą powierzchowności. Uznała jazz za swoisty leitmotiv ekranizacji a z całą pewnością to nie muzyka gra w nim pierwsze skrzypce. Zinterpretowała film zbyt literalnie i to ją zgubiło.
Lista produkcji filmowych, które można by zakwalifikować do kategorii filmów o jazzie jest całkiem spora. Niektóre z nich to ekranizacje oparte na faktach, przedstawiające życie znanych, autentycznych postaci ze świata jazzu, inne to fikcje. Whiplash Damiena Chazelle’a jest zupełnie inny. To historia dramatu perkusisty, ale to nie film o muzyce samej w sobie. Whiplash to obraz ukazujący kondycję człowieka, który za wszelką cenę dąży do perfekcji a na swojej drodze spotyka kogoś, kto pragnie  dla niego tego samego. Ta forma rywalizacji może pojawić się w każdej innej dziedzinie życia. Dlaczego właśnie jazz? Myślę, że niemałą rolę pełni tu zrytmizowana, chwilami dokuczliwa muzyka perkusyjna, podkreślająca jeszcze bardziej „szaleństwo” młodego artysty.
W kilku słowach, film opowiada historię młodego i ambitnego muzyka, podopiecznego fikcyjnego Shaffer Conservatory, najlepszej uczelni jazzowej w kraju. Jak każdy aspirujący uczeń tego konserwatorium, Andrew pragnie dołączyć do najlepszej orkiestry jazzowej w szkole, prowadzonej przez Terence’a Fletchera (nazwisko nieprzypadkowe?) – okrutnego, momentami brutalnego tyrana, który w osobliwy dla siebie sposób pragnie „pobudzić w swoich wychowankach chęć do przekraczania granic samego siebie”. Taka postawa ma przyczynić się do sukcesu, o którym marzy przede wszystkim Andrew. Pomiędzy tymi postaciami zawiązuje się toksyczna relacja. Jest to jeszcze bardziej widoczne przez wzgląd na fakt, że chłopak na czas nauki mieszka z dala od ojca, który go wychowywał. Rolę ojca – autorytetu – symbolicznie przejmuje Fletcher, dla którego pojęcie empatii nie istnieje. Dążenie do perfekcji, nielitościwy nauczyciel, uzasadnia autentycznym zdarzeniem, opowiadając pewnego razu anegdotę o Charliem Parkerze, który jako młody i nieznany jeszcze artysta wziął udział w występie na żywo z profesjonalnymi muzykami. Jednym z osób grających wraz z nim był wtedy Jo Jones z orkiestry Counta Basiego, pionier klasycznego jazzu perkusyjnego. Podobno Parker zagrał wtedy tak źle, że Jones w obecności wszystkich muzyków rzucił w nim cymbałkami, mocno go raniąc. Po tym poniżającym zajściu, Parker ćwiczył tak długo, aż jego solo zagrane przy kolejnej okazji przeszło do historii. To właśnie ta opowieść ma być antidotum na trudne chwile, towarzyszące wyczerpującym ćwiczeniom i wprawkom – niejednokrotnie przypłaconymi krwawymi ranami i kontuzjami dłoni.
Interpretując film Whiplash nie sposób pominąć wątku związanego z muzyką jazzową. Z pewnością też każdy entuzjasta tej muzyki zapragnie ekranizację zobaczyć. Zanim jednak pojawią się przeróżne komentarze polecam, by ten film rozpatrzyć na wielu płaszczyznach. Whiplash to nie kolejny Round Midnight czy Bird. To dzieło skłaniające nas do głębszej refleksji na temat ciemnej strony świata konkurencji i wyborów, które przychodzi nam dokonywać.

Category: Recenzje

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *